Nie wiem od czego zacząć, ciężko mi zebrać garść sensownych słów, by napisać jak ostatnio się czułam. Wielotygodniowa izolacja, nawał domowych obowiązków, niepewność o moje zawodowe jutro, sytuacja polityczna i gospodarcza w kraju… a przede wszystkim piosenki z „Krainy lodu” – czułam jakby w moim mózgu rozgościł się wyniszczający go wirus. Wirus narastającego wkurzenia i rezygnacji jednocześnie. Wstawałam rano i włączałam tryb przetrwania. Widząc pojawiające się zewsząd coachingowe posty o samorozwoju, teksty zachwalające edukację domową, posty o pozytywnych skutkach pandemii lub, co najlepsze, podziękowania dla koronawirusa (?!) myślałam sobie, czy to ze mną jest coś nie tak? Ja koronawirusowi dziękować nie zamierzam…
Pewnego dnia uciekłam. Do świata bez przytłaczających wiadomości, bez dobrych rad, bez akompaniamentu dziecięcych utworów. Do świata pełnego soczystej zieleni, kwitnącej przyrody, rozgrzewających promieni. Nazwałam to terapią przy krzewie bzu, która całkiem możliwe, że była jednak terapią przy drzewie czeremchy… Proszę o pomoc w rozwikłaniu zagadki.

W ucieczce towarzyszyła mi aktorka Marta Kędziora, która zanurzała bose stopy w trawie w sukni Emilii Lange (FB/IG). To popołudnie było mi bardzo potrzebne! Przywróciło wiarę w to, że jeszcze będę zajmować się tym co kocham, fotografią. Od 16 lat daje mi ona poczucie władzy nad własnym umysłem, rozwija kreatywność, a jednocześnie jest najlepszą ucieczką od codzienności.

Jeśli chcecie pospacerować lub pobiegać ze mną po łąkach z przepięknym widokiem na Karkonosze, piszcie. Więcej o możliwościach spotkania się ze mną dowiecie się TUTAJ.

Polub/udostępnij post